Krasne (województwo mazowieckie)
| Krasne | |
Późnorenesansowy kościół z XVI w. w Krasnem |
|
| Państwo | |
| Województwo | mazowieckie |
| Powiat | przasnyski |
| Gmina | Krasne |
| Liczba ludności | 1000 |
| Strefa numeracyjna | (+48) 23 |
| Tablice rejestracyjne | WPZ |
| Na mapach: | |
| Strona internetowa miejscowości | |
Krasne – wieś w Polsce położona w województwie mazowieckim, w powiecie przasnyskim, w gminie Krasne (siedziba władz gminy).
Za II RP siedziba wiejskiej gminy Zalesie. W latach 1975-1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa ciechanowskiego.
Tutaj urodził się Franciszek Krasiński, biskup krakowski, podkanclerzy koronny, sekretarz królewski.
Krasne posiada też najdłuższą aleję grabową w Polsce, cmentarz rzymskokatolicki, niemiecki (najstarszy nagrobek pochodzi z roku 1848).
W miejscowości działało Państwowe Gospodarstwo Rolne Krasne do 1987 roku. Następnie jako Stadnina Koni Krasne[1], w 1994 jako Stadnina Koni Skarbu Państwa Krasne[2], a później do chwili obecnej jako Stadnina Koni Krasne Sp. z o.o..
Spis treści |
[edytuj] Powiązani z Krasnem
- Tadeusz Załęski, prezes Stowarzyszenia Miłośników Kultury Krasne (przy Gminnym Ośrodku Kultury w Krasnem)
[edytuj] Ciekawostki
Oto słowa, jakimi opisał Krasne Bolesław Prus. Zawędrował tu podczas jednej z jego podróży po kraju:
|
Koniki w Krasnem mówią po angielsku? W Krasnem znajduje się piekarnia posiadająca własny furgon ze stosownym napisem, który naprowadza na domysł, że instytucja ta musi mieć jakiegoś konkurenta w osobie Moszka lub Icka chlubiącego się również własnym furgonem. Domek rządcy, przynajmniej z wierzchu widziany, jest wspaniały, pałacyk zaś odznacza się skromnością. Budowla ta, jednopiętrowa i żółtawa, leży wśród płaskiego ogrodu, w którym najmniej bystry obserwator z łatwością dostrzec może jedną ławkę w cieniu jakiegoś rozpłakanego drzewa. Trawniki są tak czyste, jak niektóre pejzaże z wystawy sztuk pięknych (na jednym z nich ułożono z kwiatów rysunek kotwicy i krzyża), drzew dosyć. Całość tchnie spokojem, a w miejscowych pisarzy prowentowych nastrajać musi na ton bardzo uroczysty. Jeden z członków naszego towarzystwa gwałtem chciał obejrzeć wnętrze pałacyku. Wytłomaczywszy mu jednak niewłaściwość podobnych pragnień, poszliśmy, jak na demokrację przystało, do stajni. Stajnia tutejsza ściąga wielu widzów i ma rozległą sławę, z tej zapewne racji, że jest bita na wszystkich torach; lecz zewnątrz i wewnątrz odznacza się zachwycającym porządkiem i czystością. Podłogi wyglądają tu lepiej aniżeli w niejednej restauracji. Każdy koń ma swoją zagrodę lub pokoik z napisem, żłób, drabinkę i słomy co wlezie. Przy drzwiach wisi zegar i tablica, na której notują się dyżury; wnosząc jednak z dat – sądzić by można, że kalendarz tutejszy w porównaniu ze zwykłym spóźnia się przynajmniej o miesiąc. Konie są ładne i czysto utrzymane; ponieważ jednak noszą nazwiska prawie wyłącznie angielskie, i muszą rozmawiać tylko w tym języku i tylko z osobami dobrze urodzonemi, o życiu więc ich i przymiotach, od nich samych żadnych nie mogłem zasięgnąć wskazówek. Służba jest uprzejma i chętnie udziela objaśnień. Prócz chudego, jak suchoty gardlane i poważnego jak mumia dżokeja, w który poznałem starego kolegę z wyścigów, było tam wielu chłopców i jakiś stajenny czy berejter, żyjąca metryka tej wychowawczej instytucji. Głosem jednostajnym, w którym malował się duży szacunek dla wielkich panów rasowych, tłomaczył on ich nazwiska, genealogię i nadzwyczajne tryumfy, o których ja, co prawda, nigdy nie słyszałem, zapewne dlatego, że nie jestem sportsmenem”. |